2skarpa

TARGUJ SIĘ KTO MOŻE! WYCIĄG Z HISTORII PRASKICH TARGOWISK

Praga – magazyn osobliwości. Przechowalnia zdarzeń wypartych. Alternatywny stan świadomości. Tu wszystko można kupić, choć nie wszystko jest na sprzedaż. Wieże katedry to drogowskaz. Bazar to mekka.

 

Tanio kupić, drogo sprzedać – pierwsza zasada handlu. Poznawszy tę złotą regułę, z odrobiną oleju w makówce i intuicją do ludzi, warszawski geszefciarz zawsze da sobie radę. Czy to sanacja, czy okupacja, Gomułka, późny Gierek, WRON, czy transformacja. Nie trzeba słupków wykresów, kalkulatora. Flota upchana po kieszeniach. Miarka w oku, waga w dłoni. Wyższa szkoła biznesu przy krawężniku. Targowiska, jakiego charakteru by nie miały, działają według starych prawideł. Wytwarzają stosunki międzyludzkie, struktury, poziomy wtajemniczenia. Starzyzna, płody rolne czy przegląd rozmaitości. Pociejów, Żelazna Brama, Kercelak. Wszędzie też tam, gdzie pieniądz jest w ruchu, a towar do opylenia, musi ukonstytuować się siła wyższa. Władza, co się zowie. Ta jednak chwiejną bywa. Niejeden rokosz strącał „ludowego monarchę” z tronu w przepaść bez dna. Intrygi. Dintojry. Jucha. Legendy stołecznych „dworów”. Tata Tasiemka, Pchełka, Edek Szatan i inni. 

 

NA RÓŻYCU 

 

Lewobrzeżna Warszawa miała słynne centra „życia kulturalnego”. Praga, przede wszystkim jedno – Bazar Różyckiego. Choć był targ przy Stalowej, był „Maison de ciuch” przy Lubelskiej, „Różycowi” nie dorównał żaden. Dziś staruszek najlepsze ma już dawno w tyle. Jeszcze zipie, jeszcze stęka, ale ostatkiem sił i determinacji. A miało skończyć się już wtedy. W urzędzie dzielnicowym siedział ponoć jeden taki, co się na „Różyca” uwziął. Nazywali go Patałachem. Czas był niepewny. Generał dzielił się władzą z redaktorem. Cinkciarze otwierali kantory. Milicyjną pałkę przypasał policjant. Wicenaczelnik też chciał rewolucji. Kilka lat wcześniej wygruził Ciuchy ze Skaryszewskiej do Rembertowa (…) Potem wziął się za bazar, że niby paskudzi dzielnicę, przeszkadza w rozbudowie, że siedlisko elementu i tak dalej. W „Ekspresiaku” napisali: z bazarem szlus, wynocha w pole, do kmieci. Hola, hola! Bujać to my, panowie szlachta! Wnerwione chłopaki proszą „Księcia”, żeby dał wynieść łajzę na zelówkach, a on nic, zabronił. Starzy kupcy z głównych alei mówią: za co płacimy? Uspokoił wszystkich, że krzywdy bazaru nie będzie. I wszyscy wiedzieli, że kiedy Książę dał słowo, to nie trzeba pękać, bo znaczy frajer kaput – bajdurzył bohater Dobrego Waldemara Łysiaka. Przed rzeczonym „Księciem” z książki „Różycem” rządzili inni, ale wtedy było to królestwo całe! Namacalne i rzeczywiste. Złoty okres. Prosperity. Kultura. Pępek świata! Marek Nowakowski znał już życie. Z podwarszawskiej Italii wypuszczał się do miasta. Lewy i prawy brzeg. Pociągiem. Tramwajem, pieszo. W wieku siedemnastu lat poznał Leszka Kulasa. Króla. Wspominał: Kulas był potężnym rudowłosym mężczyzną o dobrodusznej twarzy i wesołych, niebieskich oczkach. Spacerował przy bramach wejściowych na bazar, od Ząbkowskiej lub Targowej. Postukiwał sztuczną nogą i żartował z kobietami. Wyglądał na beztroskiego rencistę z powodu kalectwa. Rudzielec „pracował” jak typowy „król bazaru”. Spacery utartymi szlakami. Rozmowy z tym i owym. Podania rąk. Coś z kieszeni. Coś do kieszeni. Za pazuchą komnata tajemnic. Knajpy: U Inwalidów, Pod Żółwiem, U Marynarza, Oaza. Praskie rewiry. Ulica po ulicy. Podwórko po podwórku. Znał i jego znali. Miał reputację najlepszego odbiorcy lewego towaru, juchtu, jak się mówiło w warszawskim argot. Solidny i wypłacalny jak bank. Sam też wymagał takich przymiotów od drugiej strony i nieraz można było zobaczyć, jak karcił nieuczciwych kontrahentów. Siłą obdarzony niedźwiedzią, z kilkoma przeciwnikami potrafił dać sobie radę. Tak królował na tym najbardziej chyba zatłoczonym placu Europy Wschodniej przez lata całe – wspominał Nowakowski. Czasem Kulas znikał. Wiadomo było, że gdzieś „ma klops”, ale władzy się nie zwierzał i zawsze dawał radę. Umarł król, niech żyje król! Po Kulasie schedę przejął inny bazarowy boss, po nim kolejny i jeszcze jeden. Zawsze jakiś samozwaniec musi dreptać, wymieniać uprzejmości. Ale to już dawno nie ta sama elita, nie tamta dumna rynsztokracja z Pragi.

 

POCZĄTKI

 

W 1882 roku „Tygodnik Ilustrowany” opublikował rycinę placu Witkowskiego – jednego z targowisk ówczesnej Warszawy. Sto dwa lata później tę samą wedutę Dobrosław Kobielski umieścił w albumie Widoki dawnej Warszawy. Na końcu stosownego komentarza odnotował: Najbardziej przypomina stare targi współcześnie istniejące targowisko „Bazar Różyckiego” na Pradze. Dziś, w drugiej dekadzie XXI wieku, handel przeniósł się do hipermarketów i dyskontów. Stary, poczciwy „Różyc” nie przypomina już nawet samego siebie – rachityczny, nudny. Walka o byt. Moda ślubna. Powidoki. Dla prażan to miejsce-symbol. Zabytek. Świadek życiorysów. Sztafaż codzienności. Wkrótce skończy 115 lat. Najstarszy bazar Warszawy.

 

Całość artykułu dostępna w najnowszym numerze “Skarpy Warszawskiej” 

 

Piotr Otrębski, Skarpa Warszawska 4 (73), kwiecień 2015. Fot. prywatne zbiory Rafała Bielskiego. 

4 myśli na temat “TARGUJ SIĘ KTO MOŻE! WYCIĄG Z HISTORII PRASKICH TARGOWISK”

  1. Pingback: Oakley Store
  2. Pingback: SEO
  3. Pingback: oral xxx

Dodaj komentarz